piątek, 18 września 2015

1.

Długie blond włosy, niebieskie oczy, przeciętny wzrost. Kocha siatkówkę, bieganie i swojego chłopaka - Danny'ego. Mieszka w małym domu na obrzeżach Chicago razem z bratem i rodzicami. To właśnie ja - Melanie, szesnastoletnia dziewczyna, której życie zmieniło się całkowicie przez poznanie jednego człowieka. Gdyby nie ta osoba, dziś zapewne nie byłabym tą osobą, którą jestem. Ale od początku...
 Związałam włosy z kucyka i nałożyłam na stopy buty, czarne fluxy i zawiozałam sznurówki. Spojrzałam w stronę reszty dziewczyn. Żadna nie miała uśmiechu na twarzy. Same smutne lub obojętne wyrazy twarzy.
- Wygramy to, damy radę. Rozumiecie? - Jessica odezwała się po chwili całkowitej ciszy.
Jess to nasz kapitan. Ona wpadła na pomysł założenia drużyny, który wcieliła w życie. Byliśmy bardzo zgrane, dobrze grałyśmy, więc szybko znalazłyśmy trenera. Pierwsze dwa lata prawie każdy mecz kończył się naszą wygraną i pięłyśmy się w górę. Grałyśmy z coraz bardziej wymagającymi drużynami. Byłyśmy, grałyśmy...
Od wielu tygodni nasza drużyna regularnie przegrywała mecze i prawie nikt już w nas nie wierzył. Nic nie dawały codzienne treningi  na, których dawałyśmy z siebie wszystko. Choć trener nigdy nie powiedział, że ktoś może w każdej chwili wylecieć z drużyny to wszystkie dobrze to wiedziałyśmy. Ten mecz był dla nas bardzo ważny, więc chciałyśmy dać wszystko co w naszej mocy by wygrać.
Wstałyśmy z ławek i przybiłyśmy "piątki" każda każdej, a zaraz potem udałyśmy się na salę, by zagrać ten mecz.
Gwizdek zakończył pierwszą połowę meczu. Zmęczone usiadłyśmy na ławce i nawodniłyśmy się. Podszedł do nas trener, więc wszystkie oczy spojrzały na niego.
- Jak wiecie nie za dobrze idzie wam ostatnio granie. - zmierzył wzrokiem każdego po kolei. - Więc, aby mieć jakiekolwiek szanse na wygraną w tym meczu musimy zmienić nieco skład drużyny.
Wiedziałam co to oznacza - ktoś opuści drużynę.
- Ja mogę siedzieć na ławce. - zgłosiła się jedna z dziewczyn grających w pierwszej połowie.
- Nie, ty zostajesz. Grasz najlepiej z całej drużyny. Myślałem o całkowitym pozbyciu się z drużyny kogoś innego... - spojrzał na mnie. - Shiori, przykro mi, ale nie grasz wystarczająco.
Spojrzałam zdziwiona na niego z otwartą buzią.
- Nie może mi pan tego zrobić. Daję z siebie wszystko. - wstałam z ławki i zaczęłam się bronić.
- Niestety to wciąż za mało. Weź swoje rzeczy i wróć do domu.
Wstałam z ławki i wkurzona wróciłam do szatni. Weszłam pod prysznic, aby zmyć z siebie cały pot i złość. Zaraz potem przebrałam się. Wrzuciłam wszystko do torby i wybrałam w telefonie numer mojego chłopaka. Kilka sygnałów i nic. Cisza. Zadzwoniłam kolejne dwa razy i to samo.
- Super. Własny chłopak ma mnie w dupie.
Rzuciłam telefon o ziemie. Miałam dosyć wszystkiego. Zarzuciłam torbę na ramię i podniosłam z ziemi iphone'a.
- No kurwa wspaniale. Pęknięta szybka.
Wrzuciłam telefon na dno i wyszłam z szatni. Na pewno nie wrócę do domu, nie mam zamiaru się tłumaczyć czemu wróciłam szybciej z meczu. Wolę iść do parku i się upić. Tak... to dobry pomysł.

Obserwatorzy